Recenzje / Promo (2006) / Rock Magazynhttp://www.rock.art.pl/demo.php?i=41 Kilka dni temu jeden z prezenterów radiowych, którego bardzo szanuje (acz nazwiska nie podam, pozostawiając miejsce na domysły), powiedział o Dream Theater, że ten zespół ma niezwykły talent do kombinowania w muzyce. Ja chciałbym powiedzieć to samo, już na wstępie, o twórczości Labyrinthu. Zresztą słuchając ich dwuutworowego dema, analogii można znaleźć dużo więcej. Niezwykle przemyślana, czteroczęściowa suita „911” zaczyna się bardzo tajemniczo – w tle pulsujące pukanie, które kojarzy mi się z otwierającym „Dark Side of the Moon” biciem serca (choć należałoby nadmienić, że większość rzeczy kojarzy mi się z właśnie tym albumem). Przebijają się coraz śmielsze dźwięki gitary - ostre, ale i spokojne, wpierw metaliczne, a później już bardziej klarowne. W tle pojawiają się tajemnicze, zniekształcone głosy. I w tym momencie kompozycja z leniwego intra, przechodzi w część o wiele bardziej dynamiczną. Wsłuchując się w partię każdego z instrumentów ma się wrażenie, że kreowana przestrzeń dźwiękowa jest labiryntem (co pięknie licuje z nazwą zespołu) – z jednej strony poruszający się po nim słuchacz jest jakby zagubiony, z drugiej zaś nie może wyjść z podziwu nad przemyślaną, pasjonująco progresywną formą kolejnych korytarzy. Nie jest to jednak pułapka bez wyjścia, bo rytm sekcji (Bartek Bisaga, Paweł Larysz) jest wskazówką, w którą stronę należy podążać. Do tego dźwięki gitar i klawiszy (Kuba Dębski, Tomek Konopka) prowadzą słuchacza jakby za rękę – aby początkowo jak najszybciej pokazać mu kolejne miejsca (tu prowadzi gitara), a w kolejnej części pozwolić mu snuć się w delikatnej, ciepłej idylli (gdzie przewodzą klawisze). Czas na delikatność i subtelność mija dość szybko. Ale żal, który pojawia się przy opuszczaniu tego pięknego miejsca, mija szybko, bo znów zespół rzuca nas w wir dźwiękowych wydarzeń. A wraz z kolejnym numerem wracają spokojne dźwięki. Jednak nastrój jest zupełnie inny – już nie sielski, anielski, lecz nieco mroczniejszy i zdecydowanie bardziej refleksyjny. Nawet w szybszych częściach „Lost in infinity” wrażenie dość ponurego przekazu jest bardzo mocne. I to właśnie nastrój najmocniej różni dwie kompozycje z tego dema. Niezmienna pozostaje muzyczna pasja, którą słychać właściwie w każdym dźwięku. Na szczęście w obu utworach jest równie wiele bardzo celnych pomysłów muzycznych, które są ponadto bardzo dobrze poukładane i zaaranżowane. W efekcie otrzymujemy niezwykle obiecujący progresywny materiał. Muzyka Labyrinthu jest doskonale wyważona, dzięki czemu nie ma tu miejsca ani na chaos, ani na nudę – nie może tu być też mowy o pustce, ani też o przesadnym natłoku. Wszystkie muzyczne pejzaże zaproponowane przez Labytinth są uporządkowane i po prostu piękne. Dlatego z dużą niecierpliwością będę czekał na pełnowymiarowy album. Może koncepcyjny? Bartłomiej "Eternus" Biga Ocena: 5.5/6 |
Player MP3 |